 |
|
|
|
|
Pewien zimowy wieczór
|
Kopnięta puszka potoczyła się po chodniku i z brzękiem zatrzymała na kratce kanalizacyjnej. W panującej dookoła ciszy wieczoru, dźwięk ten wydał się małej strasznie głośny. Prawie się go przestraszyła. Ulica o tej porze wyglądała całkiem inaczej. Trudno było odróżnić powykrzywiane krawężniki od wydeptanych trawników. Blokowisko, które za dnia było odpychające, wieczorem przytłaczało. Wyobraziła sobie, że jest w jakimś zaklętym labiryncie, w którym czai się gdzieś włochaty czarny stwór o żółtozielonych oczach. Z trudem przełknęła ślinę. Prawie poczuła jego oddech na swoich plecach. Brrr... Tak, powinna już dawno być w domu. Lekcje w szkole skończyły się około południa. Mama na pewno się niepokoi. Hm... jest wściekła. Teraz to już wszystko jedno i tak dostanie za swoje. Ścisnęła w kieszeni Meksyk. Tak go nazwała. Nie wiedziała co znaczy to słowo, ale polubiła od razu jego brzmienie. Takie imię miał też jej jedyny przyjaciel. Był niewielkim okrągłym kamieniem idealnym do zaciśnięcia w małej rączce. Zawsze kiedy było jej źle obejmowała kamień dłonią. Był tylko jej, taki twardy i nienaruszalny. Opowiadała mu przeróżne rzeczy. Meksyk wierzył jej zawsze. Nigdy jej nie ganił, nie robił wyrzutów, że się spóźnia. On wiedział, że w dziurze w asfalcie na środku ulicy mieszkał mały piesek, który kiedyś tam wpadł. Nie mógł potem wyjść i wystawiał tylko czasem nos, żeby pooddychać. Ona go kiedyś wyciągnie. Niech tylko przestaną jeździć tak szybko samochody. Wtedy to nawet mama nie zabroni jej mieć w domu psa. Będzie się cieszył, kiedy będzie wracała do domu ze szkoły. Tak! Wtedy będzie miała po co wracać, będzie się spieszyła.
Zatrzymała się na chwilę. W oknie na parterze paliło się światło. Ludzie zapomnieli o zasunięciu zasłonek. Stała i patrzyła jak urzeczona w śmieszny staromodny żyrandol, taki podobny do tego, który wisiał kiedyś u babci. Tak tam było ciepło. Poczuła, że ma przemoczone buty i od rana nic nie jadła. Szkolny tornister zaciążył jeszcze bardziej. Ech... gdyby wróciła od razu do domu. Teraz pewnie mogłaby sobie siedzieć w swoim pokoju i spokojnie rysować, albo lepić z plasteliny. Sama nie wiedziała dlaczego tak robi. Za każdym razem wydawało jej się, że to tylko na chwilę i szła. Potem była już bardzo daleko od domu. Sam powrót zajmował jej mnóstwo czasu. No i potem to już nie był ważny czas... Znów żałowała tego co zrobiła i jednocześnie wiedziała, że jeśli nie jutro, to pojutrze zrobi to samo. Bała się powrotu. Gdyby miała dokąd uciec już by tam nie wróciła. Doskonale wiedziała jak to będzie wyglądało. Wejdzie do domu i usłyszy:
– Połóż tornister, rozbierz się i poczekaj na mnie w pokoju. – zawsze kazała jej tam iść. Najgorsze było czekanie. Potem przychodziła mama z jakimś paskiem. Kiedyś próbowała ją prosić żeby tego nie robiła i obiecywała, że już nigdy nie będzie. Teraz nie obiecywała, milczała. Wiedziała, że to co dostaje należy jej się, bo przecież lekceważyła ich nerwy. Bo oni tam w domu... a ona ciągle fiu bździu w głowie. Ech... gdyby mama wiedziała. No właśnie, nigdy jej o to nie pytała. A nawet gdyby spytała to jak miała jej o tym opowiedzieć? Na przykład, dlaczego włóczyła się po placach budowy i wracała cała uwalana gliną? Tylko Meksyk mógłby zrozumieć kim wtedy była. A te zaklęte kręgi krzewów w parku, przez które trzeba było przejść aby dostać się do świata dziwnych, małych, włochatych istot, które żyły pod ziemią, ale wychodziły na powierzchnię co jakiś czas. No i zawsze można było z nimi porozmawiać. Miała jej o tym mówić? Po co? Przecież by nie uwierzyła. A tamta ławka na podwórku Małgosi. Wystarczyło na niej usiąść, zamknąć oczy i bardzo mocno chcieć, a mogła zabrać cię dokądkolwiek byś chciał.
Jeszcze raz spojrzała w górę. Tamci ludzie pewnie teraz siadali do stołu. Może mają w domu dzieci. Może nikt na nie tam nie krzyczy. Mama pewnie czyta im bajki na dobranoc i czasem bawi się z nimi lalkami, albo grają w różne gry...
Tak! To na pewno właśnie taki dom. Poczuła dziwny ucisk w gardle. Musi wracać. Odwróciła się od okna i powoli zaczęła iść w kierunku domu. Gdzieś niedaleko jakiś kot przeraźliwie miauknął. Po plecach przebiegł jej dreszcz. Znała ten głos doskonale. Zawsze pod jej oknem koty wyprawiały nocne harce, a ona myślała, że to dzieci płaczą, bo ktoś je strasznie bije. Nie będzie płakała. Nauczyła się tego już dobrze. Kiedy na jej gołą pupę i nogi spadały kolejne uderzenia paska wyobrażała sobie, że to jej nie dotyczy. Ona sama jest gdzie indziej. Przecież wiadomo, że mama wreszcie skończy i pozwoli jej się ubrać. Oj trudno się wtedy podciąga spodnie. Pupa tak piecze i ręce się trzęsą. Bała się. Cała jej istotka zwijała się w środku w maleńki kłębek. Było jej teraz bardzo zimno.
Na klatce schodowej znów nie było światła. Od samego wejścia uderzył ją w nos znajomy piwniczny zapach kocich sików. Poczuła mdłości i znowu ten nieprzyjemny ucisk w gardle. Dobrze, że nikt nie będzie jej kazał tłumaczyć się gdzie była. Nie umiałaby nic powiedzieć. Stała chwilę i patrzyła w miejsce gdzie był z pewnością dzwonek do drzwi, choć w ciemności nie mogła nic zobaczyć. Chciała jak najdłużej odwlec chwilę kiedy go naciśnie. Wreszcie powoli podniosła rękę i przycisnęła. Czuła się jakby skakała z dużej wysokości do wody. Zalało ją światło. W korytarzu stał brat.
– Mamo wróciła! – zawołał. No tak, przecież nie mógł inaczej.
***
Nie umiała i nie chciała płakać kiedy dostawała lanie. Teraz leżała w łóżku zwinięta w kłębek, a łzy płynęły jej na poduszkę. Smutek mieszał się w dziecięcej głowie z wściekłością. Tak, to jasne, że zasłużyła sobie. Nie było w niej jednak ani odrobiny żalu. Kiedyś wyjdzie z tego domu i nigdy już nie wróci. Nie zbiją jej wtedy. Mama mówiła, że to za to, że musiała się tak denerwować. Nie wiedziała co jej się stało, bała się o nią. Gadanie! Odkuła się przecież, więc są kwita. Może się trochę pomartwiła, ale za to potem mogła się wyżyć. Uuuuu...piecze. Do rana przejdzie.
Spojrzała na choinkę w kącie pokoju i przez moment wydawało jej się, że obok drzewka, zwrócona twarzą do okna, stoi siwa staruszka w dziwnej fioletowej sukni do samej ziemi. Na głowie miała biały czepek z falbankami. Biło od niej takie miłe ciepło i jakby delikatny blask. Znieruchomiała w łóżku, by nie spłoszyć zjawiska. Staruszka poruszyła się i powoli odwróciła od okna. Uśmiechnęła się delikatnie do dziewczynki i rozpłynęła. Przez długi czas mała czuła jeszcze obecność nieznajomej Pani w pokoju. Zupełnie tak jakby jej uśmiech wypełniał powietrze, a dłonie gładziły jej włosy. Usnęła.
(luty 2003)
|
|
|
|
|
 |
|