 |
|
|
|
|
Ona-Bez Imienia
|
Ona-Bez Imienia siedziała w swojej norze od bardzo dawna. Ludzie mijali ją, nie poświęciwszy chwili uwagi. Czekała. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem mijały lata. Jej ciało rosło, rozwijało się nie widziane przez nikogo, a wraz z nim – rósł głód.
Pewnego dnia u wylotu nory zatrzymał się przechodzień. Nie wiadomo dlaczego. Może był ciekaw? Może był przyrodnikiem - badaczem nór? Może w końcu upadł mu tylko zegarek.
Wyskoczyła..
Oplotła się natychmiast wokół jego nogi i zaczęła pełznąć wzwyż, przez brzuch, tors, do ramion. Stanął oniemiały. Początkowo nie wiedział co się dzieje, zaskoczył go zbyt szybki bieg wypadków. Później chciał po prostu strącić z siebie dziwną istotę - nie udało się. Próbował ruszyć z miejsca, ale nieznośne mrowienie w oplatanej nodze utrudniało mu każdy krok. Starał się głębiej odetchnąć, ale Ona-Bez Imienia nie zwalniała uścisku pozwalając jedynie na krótkie płytkie oddechy. Chcąc się wyzwolić, pochylił się z trudem do nogi i zwój po zwoju zaczął odplątywać Ją z buta. Kiedy jednak wyplątał już kolano, z ramienia dobiegło go bolesne dziecięce kwilenie. Zmartwiał. Powoli odwrócił głowę. Ich spojrzenia się spotkały. Nigdy wcześniej nie czuł nic takiego. To, co wraz z Jej spojrzeniem zaczęło sączyć się w jego mózg nie było mu dotąd znane. Poczuł nagłe obrzydzenie, które rozchodziło się pod postacią ciepła do podbrzusza gdzie jak odbita fala zawracało i na wysokości piersi zmieniało się w lepką słodycz. Tętno przyspieszyło. Płytki oddech stał się szybki i świszczący. Czuł, że choć tak bardzo chciałby się wyzwolić, nie może. Ona-Bez Imienia szybko oplotła się ponownie wokół kolana i stopy. Ruszył. Pierwsze kroki stawiał z wysiłkiem. Piekący ból, krótki oddech. Wiele razy musiał przystawać aby odpocząć. Droga do domu wydawała się odległością nie do przebycia. Zadziwiało go jednak, że po drodze nikt mu się nie przyglądał. Nikt nie zauważył z jakim trudem, noga za nogą wlecze się ulicą. Dotarł w końcu.
Odtąd każdego dnia zaczynał swój bezskuteczny bój o wyzwolenie, który zmieniał się w bój o kolejny krok i kolejny oddech. Każda próba strząśnięcia z siebie więzów wywoływała zawsze dziecięcą skargę Jej-Bez Imienia, a następnie paraliż umysłu i woli. Mijał czas. Poruszanie nie sprawiało mu już tak wielkiego problemu, przyzwyczaił się nawet do nabierania w płuca częstych i krótkich oddechów. Żył rytmem częstych odpoczynków. Ona-Bez Imienia kwiliła coraz rzadziej, bo też coraz rzadziej podejmował próby zrzucenia Jej pęt. Po pewnym czasie Ona-Bez Imienia zaczęła wierzyć, że zrezygnował już z prób oderwania się od jej ciała, że stanowią jedno. Żywiła się jego światem, pasją, wzruszeniem i gniewem. Rozrosła się, rozkrzewiła i zakwitła na jego ramieniu. Przepełniało ją pragnienie wydania owocu. Jędrnego krągłego owocu z jego soków. Każdego dnia sączyła w jego arterie przekonanie, że i on tego chce, że życie z nią to dla niego jedyna i nieunikniona droga. Przestał się bronić. Coraz rzadziej do głowy przychodziły mu myśli, że obecność Jej-Bez Imienia jest czymś złym, a uwikłany wbrew swej woli, powinien zerwać więzy, z którymi przecież już nauczył się żyć. Pewnego dnia zauważył, że kwiat na jego ramieniu zaczyna przekwitać. Opadły pierwsze płatki. Przeraził się. Tego dnia po raz pierwszy od dawna poczuł, że życie zostało mu odebrane - zmienione w daninę na rzecz Jej-Bez Imienia. Zachował jednak zimną krew. Tyle już razy potrafiła przecież zniszczyć w nim chęć wyzwolenia. Delikatnie dotknął głównego splotu naczyń w jej ciele, które umiejscowiło się na wysokości jego piersi. Zadrżała leciutko. Najwyraźniej odebrała jego dotyk jako pieszczotę. Precyzyjnie ułożył obie ręce obejmując nimi główną arterię Jej-Bez Imienia. W pewnym momencie szybkim i silnym ruchem skręcił to miejsce i rozerwał. Ona-Bez Imienia wydała z siebie długie bolesne nieludzkie wycie. Jej ciałem zaczęły wstrząsać konwulsje, które przenosiły się na niego. Dygotał odplątując słabnące pędy Jej-Bez Imienia. Po kolei wyzwalał swoje ramiona, pierś, brzuch i nogi. Cześć bardziej żywotnych pędów próbowała pochwycić go powtórnie. Czepiały się ubrania, butów, zawijały wokół pracujących dłoni. Kiedy wreszcie udało mu się wyplatać, przyjrzał się sobie. Całe ciało miał pokryte żłobieniami i sinymi śladami po pędach Jej-Bez Imienia. Gdzieniegdzie były nawet rany. Nie mógł uwierzyć, że żył dotąd nie czując bólu! Wyszedł z domu nie zabierając ze sobą nic. Na odchodnym odwrócił się i spojrzał na Nią-Bez Imienia. Żyła. Patrzyła na niego przejmującym spojrzeniem skrzywdzonego dziecka. Odwrócił się. Wiedział, że zrośnie się w miejscu gdzie ją rozerwał i powstanie jeszcze silniejsza niż przedtem. Wyszedł na jasne światło dnia.
(22.08.05)
|
|
|
|
|
 |
|