 |
| Nienapisane opowiadanie |
Siedziała
przy oknie. Płomień świecy oświetlał policzek i odbijał się w szybie.
Patrzył na nią. Miała takie kruche ramiona, niemal dziewczęce. Włosy
upinała wysoko w dziwny niemodny sposób. Kilka kosmyków
wymknęło się i opadło na szyję i twarz. Wyglądała tak ulotnie, prawie
nierealnie. Spojrzał w okno. Ona też patrzyła. W szybie spotkały się
ich oczy. Jej były teraz jakby smutne i nieobecne.
- Jesteś taka piękna – przerwał milczenie. Uśmiechnęła się smutno.
- Róża też była piękna.
- Jaka róża? – nie zrozumiał.
- Z mojego opowiadania.
- Pisujesz opowiadania? – zdziwił się. Znał ją dopiero miesiąc.
Kilka razy próbował spytać co robi i gdzie pracuje. Zawsze
mówiła, że to nie istotne.
- Nie... Chciałam kiedyś napisać takie opowiadanie, ale nigdy tego nie zrobiłam.
- Opowiedz mi o tym.
Odwróciła się od okna. Płomień świecy oświetlał teraz jej brodę,
usta i maleńkimi iskierkami odbijał się w oczach. Znowu się uśmiechnęła.
- Naprawdę chcesz? To taka banalna historia.
- Opowiedz... – powiedział cicho lecz z naciskiem.
Spuściła oczy. Chwilę bawiła się brzegiem serwetki, jakby zbierała
siły. Spojrzała mu w oczy i znów spuściła wzrok.
- No dobrze, posłuchaj...
Róża rosła w dużym ogrodzie, była jedną z wielu innych
posadzonych wzdłuż ścieżki. Dopóki była pąkiem, nie znała
swojego piękna. Wystarczała jej rosa, która opadała rankiem i
słońce budzące ją co dzień do życia. Pewnego dnie jej płatki powoli się
rozchyliły i rozprostowały.
– Ach... – westchnęła róża – Jaka jestem
piękna! – po czym rozejrzała się uważnie dookoła.
Przyglądał jej się kiedy opowiadała. Chłonął muzykę jej słów i
patrzył. Marszczyła lekko czoło tak jakby chciała mu powiedzieć coś
ważnego, może w istocie tak było. Róża... nie, nie była w tej
chwili istotna. Chciał po prostu siedzieć i słuchać.
– Otaczały ją inne kwiaty. Jedne były jeszcze zwinięte w pąkach,
inne właśnie rozkwitały podobnie jak ona. – Ach tak! –
pomyślała – jestem taka podobna do innych róż! – i
posmutniała. Kiedy rozwinęła płatki sądziła, że jest jedyna i
niepowtarzalna. Czuła się wtedy taka piękna...
- Przecież była piękna... – szepnął.
- Była... – odpowiedziała i zamyśliła się na chwilę.
Zastanawiał się jak mógł jej wcześniej nie spotkać. Podobno
mieszkała tu od dawna. Jej stary dom stał przecież tak niedaleko od
miejsca gdzie mieszkał. Nie, czy to możliwe, żeby nigdy jej nie
zauważył na ulicy, ani w sklepie kupującej bułki? Czyżby go oszukiwała?
I ta dziwna tajemnica wokół tego jak zarabia na życie. Rozejrzał
się po pokoju. Nie, nie mogła wprowadzić się tu niedawno. Poustawiane
tu i ówdzie sympatyczne bibeloty zbierane przez lata i trudne do
przeniesienia, świadczyły o długim zamieszkiwaniu w jednym miejscu.
Nieład panujący w kątach także był raczej wynikiem dość długotrwałego
zaniedbywania szczegółowego sprzątania. Tak, mieszkała tu od
dawna, ale on nigdy przedtem... Ech, czy to w końcu ważne? Spotkali się
przecież. Dziś była dla niego jedyna i najważniejsza.
– Pewnego ranka do ogrodu przyleciał motyl. Wirował długo nad
rabatką kwiatów. Na chwilę przysiadł na ścieżce, po czym
wzleciał w górę i usiadł na płatku róży. Nigdy przedtem
nie widziała nikogo tak pięknego. Składał i rozkładał kolorowe
skrzydła. Czyścił główkę i długie czułki przednimi
odnóżami. Jego wielkie oczy iskrzyły się wielobarwnie. Zadrżała.
Motyl jednak niedbale wzbił się znów w powietrze i poleciał
dalej. Od tej chwili czekała na niego każdego dnia. Rozkładała szeroko
swoje płatki, aby wyglądać jak najpiękniej. Wierzyła, że przecież
wróci i z pewnością ją dostrzeże.
Dotknął jej dłoni, była chłodna. Czyżby się denerwowała? Ależ przecież
nie było czym. To w końcu tylko opowiadanie, no i przecież mówi
to tylko jemu. Pocałował ją delikatnie w czubki palców, a potem
zaczął chuchać w dłoń aby się rozgrzała.
Minęło kilka dni i motyl wrócił. Znów patrzyła jak krąży
nad ogrodem i miała nadzieję, że i tym razem przyleci usiąść na jej
płatku. Starała się pachnieć jak najmocniej. Jej woń przyzywała go. W
upale letniego południa zapach był bardzo intensywny. Podobnie mocno
pachniały jednak inne kwiaty. Kiedy widziała jak odlatuje, zaczęła
tracić nadzieję, że kiedykolwiek zwróci na nią uwagę. Myliła się
jednak. Zatoczył duże koło i wrócił wprost do niej. Tym razem
nie czyścił już czułków. Usiadł i zaczął się jej przyglądać.
Zadziwił się, że nigdy dotąd jej nie zauważył. Była przepiękna.
Główka kwiatu była pełna, a płatki ułożone gęsto. Teraz kiedy
całkowicie rozkwitła, korona okwiatu rozkładała się szeroko prezentując
całą pełnię jej urody. Nie, to nie było wdzięczne i nieśmiałe piękno
rosnących w pobliżu róż, które niedawno wyszedłszy z
pąków wstydliwie rozwijają tylko zewnętrzne płatki, i nie wiedzą
nawet czy wypada im pachnieć...
Spojrzała na niego zalotnie i uśmiechnęła się. Uwielbiał gdy się tak
uśmiechała. Tak krótko ją znał i tak niewiele o niej wiedział.
Na pewno była od niego starsza, choć nie mógł ustalić o ile lat.
Ciągle wyglądała młodo, jednak w sposobie mówienia i poruszanie
miała już coś, co odróżniało ją od wielu młodych dziewcząt. To
właśnie go pociągało i było zarazem ostrzeżeniem. Pamiętał o tym, choć
często chciał zapomnieć o wszystkim i być tylko dla niej.
– Od tej pory motyl wracał do niej każdego dnia. Z oddali
rozpoznawał jej intensywny zapach. Tylko tu spijał nektar i odpoczywał.
Dla niej kołował nad ogrodem rysując w powietrzu wymyślne
esy–floresy. Była jego różą.
Motyl i kwiat nie należeli jednak do jednego świata. Pewnego dnia owad
odleciał w kierunku niedalekiej łąki nad którą krążyła
prześliczna samiczka. Żegnając się z różą obiecał, że
wróci. Ona jednak wiedziała, że już więcej się nie spotkają.
– Co ty opowiadasz głuptasie! – powiedział i pocałował ją w czoło.
Przecież wiesz, że niedługo wrócę. Ech, udzieliło mi się to
twoje opowiadanie – zaśmiał się, ale kiedy spojrzał jej w oczy,
spoważniał. Nie uśmiechnęła się. Wydawało mu się przez chwilę, że w
jednym oku zabłysła łza. Tak, z pewnością nie wiedział jeszcze
wszystkiego.
Wsunęła palce w jego włosy i pocałowała go długo i namiętnie. Zaraz
potem wstała i spojrzała mu w oczy z tym samym nieprzeniknionym
smutkiem.
– Zatańcz ze mną – poprosiła – chciałabym zapamiętać ten wieczór.
– Dobrze, zrobię co tylko zechcesz – powiedział i przytulił ją.
– Nic nie chcę... niczego nie mogę chcieć. – zamknęła oczy.
Tańczyli długo. Najpierw wolniuteńko, tak aby czuć ciepło i bliskość
własnych ciał. Później dali się ponieść żywszej melodii. Czasem
puszczała jego dłonie i tańczyła sama, dla niego. Patrzył na nią i nie
wiedział dlaczego ma wrażenie, że oto historia o róży trwa
dalej, a ona opowiada ją tańcem. Nie wiedział dokładnie kim była w tej
opowieści, czy kwiatem, czy motylem. Może jednym i drugim na raz?
Usiedli w końcu. Jeszcze tej nocy musiał wyjechać, chciał nacieszyć się
resztką czasu jaki mieli dla siebie. Siedzieli w milczeniu.
– Jak się skończyło opowiadanie o róży? – spytał wreszcie.
– Nieważne, zapomnij o niej. Tego opowiadania przecież nigdy nie
było, a róże? Cóż, gdy jedne giną, wyrastają następne.
– odpowiedziała chłodno.
Wzruszył ramionami.
– Jak chcesz. Myślałem po prostu, że twoja opowieść ma sens. Nie miała?
- Zapomnij – powiedziała krótko. – Już chyba czas na
Ciebie. Za chwilę będziesz miał autobus.
Spojrzał na zegarek. Do odjazdu autobusu było jeszcze całe pół
godziny, a przystanek był tuż pod domem.
- Masz rację, pójdę już. Odwiedzę Cię kiedy wrócę. Zaczekasz na mnie?
Milczała z opuszczoną głową.
- Powiedz, że się spotkamy kiedy wrócę! – chwycił ją za
ręce i przyciągnął do siebie. Delikatnie podniósł do góry
jej twarz. Płakała.
- Co się stało? Przecież to tylko parę tygodni.
- Zapomnij... – szepnęła – zapomnisz...
- Ależ ty pleciesz! Dlaczego? Nie mam aż takiej krótkiej pamięci!
- Postaraj się... Idź już, proszę... – powiedziała, lekko popychając go w stronę drzwi.
Wyszedł na klatkę schodową. Jeszcze raz popatrzył na jej zapłakaną
twarz. Wzruszył ramionami i zbiegł po schodach.
- I tak nie zapomnę i wrócę tu. Zobaczysz! – krzyknął z
dołu. Zdziwiło go brzmienie własnego głosu, któremu typowe dla
klatek schodowych starych domów echo, nadało dziwny nierealny
ton.
Wróciła do pokoju. Usiadła przy stole i zakryła twarz dłońmi. Całym ciałem wstrząsał szloch.
- I po co, po co to wszystko? Komu potrzebne? – mówiła do siebie.
Po chwili wstała i podeszła do okna. Spojrzała na pusty przystanek
autobusowy. No tak, przecież już pojechał. Westchnęła cichutko i
zaczęła szeptem, jakby mówiła zaklęcie.
– Motyl odleciał. Nie było go wiele dni. Choć był szczęśliwy na
łące, wciąż jednak myślał o róży. Pewnego dnia powrócił.
Zawirował dawnym zwyczajem nad ogrodem. Przeleciał wzdłuż ścieżki.
Rozglądał się wokół, nigdzie jednak nie mógł dostrzec
swojej róży. Przemknął jeszcze raz i jeszcze. Usiadł wreszcie na
ścieżce w miejscu, gdzie spostrzegł ją po raz pierwszy. Spojrzał w
górę. Tam gdzie kiedyś rosła jego róża stał martwy pęd,
zakończony wyschniętym, pustym owocem. Zrozumiał. Wzbił się w powietrze
i więcej już nie wrócił.
***
Minęło kilka tygodni. Michał załatwił wszystkie sprawy i wrócił
do domu. Cieszył się na samą myśl o spotkaniu. Jeszcze tego samego dnia
pobiegł do domu Ani. Z dołu zobaczył, że światło w oknie się pali. Jak
na skrzydłach wbiegł po schodach. Zadzwonił. Otworzyła mu siwa
staruszka.
- Słucham Pana – powiedziała uprzejmie. Stanął jak wryty.
- Przepraszam Panią... przyszedłem do Ani.. Chciałbym się z nią zobaczyć. – wyjąkał.
- Ach tak! Ta młoda Pani? Ona już tu nie mieszka. Wyprowadziła się
jakieś dwa tygodnie temu. Nie mówiła dokąd – powiedziała
staruszka patrząc prosto w jego oczy. Wydawało mu się, że gdzieś już ją
widział, ale gdzie? Delikatny dreszcz przebiegł mu po plecach, ponieważ
kobieta nie spuszczała z niego wzroku.
- Na pewno nic nie zostawiła, żadnej wiadomości? – spytał jeszcze.
- Nic, proszę pana – powiedziała kobieta uporczywie mu się przyglądając.
- To... to ja już pójdę. Do widzenia i przepraszam –
wydusił z siebie i zbiegł ze schodów nie oglądając się za
siebie. Wiedział, ze staruszka stoi tam jeszcze i patrzy na niego.
Tej nocy nie mógł zasnąć. Dlaczego nie powiedziała mu, że chce
się wyprowadzić? To świństwo! I ta dziwna kobieta. Skąd mógłby
ją znać? Czemu się tak przyglądała? Brrrr... jakieś to wszystko
poplątane. Im dłużej myślał, tym bardziej odnajdywał sens w opowiadaniu
o róży. No tak, nie dopowiedziała zakończenia. Gdyby skończyła
opowiadanie wiedziałby, że się wyprowadzi. Wyprowadzi? Chwileczkę. Jak
mogłaby się wtedy skończyć ta historia? Przyszedł ogrodnik i ściął
różę? Może tak... Zaraz, a jeśli ... Nie, to niemożliwe!
Róża tak, ale kobieta?
A tamta dziwaczka? Skądś ją jednak znał. Tak na niego patrzyła, te oczy! Jezu...
Następnego dnia znów poszedł do tamtego domu. Wbiegł szybko po
schodach i zapukał. Nikt mu nie otworzył. Zapukał jeszcze raz, tym
razem głośniej. Znowu nic. Zaczął walić w drzwi i kopać je. W końcu
piętro wyżej wyszedł na klatkę jakiś mężczyzna.
- Czyś pan zwariował? Rozwalić pan chcesz te drzwi? Przecież tam nikt nie mieszka!
- Jak to nikt? Od kiedy nikt tu nie mieszka? – spytał osłupiały.
- A bo ja wiem? Odkąd pamiętam stoi puste. Podobno gdzieś mieszka jakaś
właścicielka, ale nikt jej tu od dawna nie widział. Sąsiedzi to z
przyzwoitości pilnują przed różnymi typkami, co to chętnie by
zdewastowali dla rozrywki, ale pewnie wreszcie i tak ktoś się
włamie.
- Widocznie pomyliłem adres, dziękuję panu – wymamrotał. Już chyba nic nie mogło go zdziwić.
- Jak pan tak wszystkich znajomych z kopami odwiedzasz, to się nie dziwię, że złe adresy podają.
- Przepraszam... już więcej tu nie wrócę...
(03.01.03)
(cz.II)
Było zimowe popołudnie. Pan Michał wracał do domu ze swojej kancelarii.
Nie musiał chodzić piechotą, miał dobry samochód, jednak z racji
niezbyt dużej odległości z pracy do domu, wolał spacer. Drugim powodem,
dla którego nie używał samochodu było to, iż każdego dnia po
pracy odwiedzał swój ulubiony pub. Od czasu śmierci żony, stało
się to jego rytuałem. W tym miejscu czuł się znacznie lepiej
niż w pustym domu, gdzie nikt na niego nie czekał. Tu przynajmniej
uśmiechnięta kelnerka witała go w progu jak starego znajomego, lub
wręcz członka rodziny i przynosiła kufelek piwa, albo filiżankę herbaty
w zależności od tego na co miał ochotę. Nie, pan Michał nie był
człowiekiem smutnym. Przyzwyczaił się do swojej samotności i
uregulowanego trybu życia. Za nic nie chciałby zmienić pykania fajki w
ulubionym pubie na jazgot wnuków, lub żony. Jako dobry adwokat,
nie musiał liczyć się z groszem, co dawało mu poczucie wolności.
Korzystał z niej w niewielkim stopniu, ale przynajmniej miał tę
słodką świadomość, iż jest to jego własny wybór. Otworzył drzwi
pubu i zdjął kapelusz.
- Dzień dobry panu! – powitała go znajoma dziewczyna stojąca za
barem – Co dziś podać? Herbatkę czy piwo?
- Piwo pani Agnieszko – odpowiedział z uśmiechem zdejmując
płaszcz i siadając na swoim ulubionym miejscu w kącie. Chwilę potem
kelnerka przyniosła kufelek piwa pokrytego delikatną warstewką pianki.
Dokładnie tak jak lubił. Nabił fajkę i zapalił, w powietrzu rozniosła
się woń ostrego, podwędzanego tytoniu. Kątem oka pochwycił delikatny
uśmiech Agnieszki. Chyba lubiła ten zapach. Jak zwykle rozłożył przed
sobą gazetę i zagłębił się w studiowaniu niedawnych wydarzeń w kraju i
na świecie.
O tej porze zazwyczaj był jedynym gościem w pubie. Większość ludzi,
głównie studentów schodziła się tu dopiero wieczorem.
Cieszył się więc spokojem i muzyką płynącą w tle.
Tego dnia relaks nie był mu jednak pisany. Na chwilę po tym, jak pan
Michał zabrał się za swoje piwo i gazetę, do pubu weszła dziewczyna lat
około dziewiętnastu. Początkowo nie zwrócił uwagi na nowego
gościa. Wydął jedynie wargi w grymasie lekkiej pogardy, gdy sportowy
plecak spadł na podłogę burząc ciszę szczęknięciem wielu sprzączek.
Dziewczyna zamówiła kawę i usiadła przy sąsiednim stoliku,
dokładnie tak, że gdyby podniósł wzrok, mógłby widzieć
jej twarz. Zagłębiony w lekturze nie myślał jednak tego robić. Młoda
osóbka interesowała go dokładnie tyle, co cała rzesza
przechodniów na ulicy, czyli nic. On również pozornie jej
nie interesował. Wnikliwy obserwator mógłby jednak zauważyć, że
raz po raz rzucała mu znad filiżanki z kawą uważne spojrzenie.
Ukradkiem, lecz dokładnie przyglądała się jak od niechcenia pali fajkę
i marszczy brwi czytając jakieś informacje w gazecie. Obejrzała jego
płaszcz i kapelusz wiszące na wieszaku. Nie .... nie było to z
pewnością zainteresowanie młodej kobiety mężczyzną w sile wieku.
Patrzyła na niego tak, jakby starała się zapamiętać wszystkie
szczegóły i porównać je z obrazem, lub opisem. W pewnym
momencie leżąca na krawędzi stołu pana Michała zapalniczka, spadła na
podłogą strącona gazetą. Dziewczyna poderwała się z miejsca i podniosła
przedmiot.
- A dziękuję pani, bardzo pani uprzejma – powiedział z chłodnym
uśmiechem i przez chwilę spojrzał na jej twarz. Na ułamek sekundy
skamieniał. Twarz wydała mu się dziwnie znajoma. Porażająco znajoma.
Niczego jednak nie mógł sobie przypomnieć. Wiedział, że zna ja
na pewno i nie wiedział skąd. Odebrał zapalniczkę i spuścił wzrok
udając, że czyta. Nie mógł się już niestety skupić na żadnym z
artykułów. W głowie tłukły mu się myśli: Skąd? Skąd ja ją znam?
Lecz wciąż nie mógł znaleźć odpowiedzi. Raz po raz podnosił oczy
aby spojrzeć na znajomą nieznajomą. Nic, zupełnie nic mu się nie
kojarzyło. Tylko to poczucie - przecież ją zna! Wstyd mu było, że tak
często zerka w jej stronę, przecież może to wreszcie zauważyć. No tak!
Tym razem nie udało się już uciec wzrokiem i dziewczyna spojrzała w
jego stronę.
- Świetny tytoń pan pali. Lubię taki zapach, jest zupełnie inny od
większości słodkawych owocowych mieszanek - powiedziała z uśmiechem.
- Latakia... – mruknął zmieszany, teraz już nie tylko tym, że
przyłapała go na spojrzeniu, ale również zaskoczony barwą jej
głosu. Taaak... ten głos. Taki znajomy jak twarz, a on dalej nie
wiedział skąd ją zna.
- Wiem – powiedziała swobodnym i naturalnym tonem. - Nie pali pan innych tytoni prawda?
- Tak. Skąd pani wie?
- Zgadłam! – powiedziała radośnie, w prawie dziecięcy sposób.
Zadziwiało go to jaka była swobodna i radosna, podczas gdy w nim
wrzało. Miał dziwne uczucie, że i ona skądś go zna. W jej spojrzeniu
szczerym, a zarazem filuternym widział coś z dobrego żartu, tak jakby
właśnie chciała mu zrobić niespodziankę samą swoją obecnością. Nie był
dla niej obcy, patrzyła mu prosto w oczy ze śmiałością kogoś, kto
spotyka dawnego znajomego, w tym większe wprawiając go zakłopotanie.
- Idzie pan teraz do domu prawda? – zapytała nieoczekiwanie.
- Nie... to znaczy tak, tylko dokończę piwo – wyjąkał myśląc w
duchu o bezczelnych małolatach, które wścibiają nos w nie swoje
sprawy. Co ją to obchodzi dokąd teraz pójdzie? A może na zakupy,
a może do kina, czy do znajomych. Dlaczego właściwie powiedział jej
prawdę? Czuł się coraz bardziej głupio, bo nie wiedział jak się wyrwać
z dziwnej sytuacji. Dziewczyna intrygowała go, złościła i zniewalała
zarazem. Wiedział, że jakiekolwiek pytanie mu zada, odpowie prawdę. Nie
padło jednak żadne następne wścibskie pytanie. W zamian za to,
dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze radośniej i powiedziała:
- Ach to świetnie! To znaczy, że ma pan wolne popołudnie! Może się gdzieś przejdziemy?
- Phhhhrr..... Csso? – pan Michał prawie utopił się w łyku piwa,
który właśnie chciał przełknąć. – Czy dobrze zrozumiałem?
Chce pani iść ze mną na spacer? Przecież... przecież ja pani... to
znaczy pani mnie...
- Nie zna? – dokończyła za niego z tym samym rozbrajającym
uśmiechem. – Ależ oczywiście! I właśnie chciałabym to
zmienić!
Pan Michał patrzył w osłupieniu na dziewczynę siedzącą przed nim.
Bezczelna, naiwna małolata – mówił do siebie w duchu. Czuł
jednak, że sam nie wierzy w swoje myśli. Miał wrażenie, że jest coś co
Ona wie, a o czym on zapomniał. Dziewczyna tymczasem patrzyła mu prosto
w twarz bez cienia zakłopotania i uśmiechała się lekko i zagadkowo. No
dobrze, nie znam jej, albo prawie nie znam, albo nawet znam doskonale
Bóg jeden wie skąd. Cóż więc stoi na przeszkodzie, żeby
przejść się kawałek z tą zwariowaną siksą? W tym momencie zebrał w
sobie całą odwagę i już miał powiedzieć: „No dobrze, jak sobie
Pani życzy...” , kiedy usłyszał:
- Bardzo się cieszę. Chodźmy więc! – zgłupiał, nie wiadomo
który już raz tego popołudnia. Posłusznie wstał od stolika,
pozostawiając nawet niedokończone piwo. Sam nie wiedział dlaczego robi,
to co robi. Z jakiej racji idzie nie wiadomo dokąd z tą
gówniarą? Dlaczego jest posłuszny jak mały chłopiec? Słynny
adwokat, do którego tylu ludzi przychodziło po radę, teraz nie
umiał znaleźć żadnego wytłumaczenia dla własnego zachowania. Dziewczyna
była już przy wieszaku z płaszczami i ubierała się. Przez głowę
przebiegła mu myśl – Przecież powinienem jej pomóc,
przytrzymać płaszcz, albo coś... – czuł się taki niezdarny. Jakby
w odpowiedzi na jego myśli, dziewczyna odwróciła się i pokręciła
przecząco głową z uśmiechem. – Zwariowałem – westchnął w
duchu i ruszył w kierunku płaszczy, aby się ubrać i posłusznie iść na
spacer.
Wyszli na ulicę. Nie było mrozu. Przejeżdżające samochody rozpryskiwały
śnieżno-błotnistą bryję. Zaczynało się zmierzchać. Szli przed siebie
chodnikiem pokrytym paćką topniejącego śniegu
- Czy jest jakieś miejsce gdzie chciałby pan pójść? –
zapytała znów. Ciągle pytała, proponowała, wykazywała
inicjatywę, a on? Złościło go to trochę. Zachowywał się jak dziecko
albo starzec-niedołęga.
- Wie pani, teraz zamierzam iść do domu, jeśli pani chce, to może mnie
odprowadzić. Pogawędzimy trochę po drodze, a potem się pożegnamy
– powiedział zdecydowanie. Nie chciał, żeby jakaś małolata
wodziła go za nos.
- A czy pan naprawdę chce wracać do domu? – zapytała tym samym
bezceremonialnym tonem, który nie zezwalał na odpowiedź
różną od prawdy. – przecież spędzi pan resztę wieczoru sam
– dodała z delikatnym uśmiechem.
- No tak, ma pani rację – poddał się. – Nie, nie mam
żadnych planów na dzisiejszy wieczór, nie mam
również żadnego interesującego miejsca na myśli, w które
chciałbym się udać – wyrecytował jak chłopiec wywołany do tablicy
i uśmiechnął się lekko. Sytuacja zaczynała go powoli bawić.
- A co by pan powiedział, na spacer nad morzem? – zagadnęła spoglądając mu w oczy.
- W taką pogodę?! – sarknął – No dobrze, jedźmy nad morze!
Jak na komendę zawrócili oboje w miejscu i skierowali się w
stronę przystanku tramwajowego. Nie wiedział jak długo czekali na
tramwaj i jak długo trwała jazda. Ani się obejrzał kiedy byli już na
plaży. Morze tego wieczoru było spokojne i mroczne. Fale jedna za drugą
podpływały im pod nogi i cofały się. Nigdy nie myślał, że tak piękne
bywa morze w pochmurny zimowy wieczór. Czy ten urok był w
ogóle w morzu? Czy raczej najcudowniejszą rzeczą była zmiana
codziennego rytuału? A może to ona?
Dziewczyna wbiegła na wydmę. W bladej poświacie księżyca widać było
właściwie tylko jej sylwetkę kiedy stała wysoko. Patrzył na jej
śmieszny kapelusz, na zarys plecaka i krótki płaszczyk i
znów wydała mu się tak zadziwiająco bliska, taka znajoma. Nagle
zbiegła w dół, prawie spadając ze zbocza. Chwyciła go w
przelocie za rękę i pociągnęła za sobą. – Co ty wyprawiasz
dziewucho? – pomyślał – Przecież ja mam już prawie
pięćdziesiąt lat! – Pobiegł jednak razem z nią. Tak dawno tego
nie robił! Biegli na granicy wody i suchego lądu. Czasem zbliżali się
tuż do nadpływających fal, aby zaraz potem uciec i ocalić suchość
butów. Stanęli wreszcie zadyszani. Z satysfakcją spostrzegł, że
i ona się zasapała, nie było zatem z nim jeszcze aż tak źle!
- Mam... mam... na imię Joanna, a pan?
- No... ja nie mam na imię Joanna...ani Anna, ani nie nazywam się jak
panna! – zachichotał jak szczeniak, zachwycony niespodziewanym
rymem.
- To ja zgadnę dobrze?
- Dobrze.
- Pan ma na imię Michał... – szepnęła i spojrzała na
niego. Tym razem w oczach nie miała już ani cienia żartu i
niefrasobliwości z jaką patrzyła jeszcze przed momentem. Księżyc
oświetlał jej twarz smutną i poważną.
Michał milczał i patrzył jak urzeczony. Nie to nie jest możliwe, a
jednak... Poznawał ją. Przypominał sobie każdy dzień, każdą godzinę,
niemal minutę.
- A ty... ty nie jesteś Joanna, prawda? – spytał drżącym z
przejęcia głosem i dotknął jej policzka.
- Jestem i nie jestem... ale masz rację.
Poczuł, że świat wiruje mu przed oczami. Była tu znów na chwilę
i wiedział, że zniknie jak kiedyś i już jej nie odnajdzie, a tak bardzo
chciał ją przy sobie zatrzymać. Chwycił ją w ramiona i przytulił z
całych sił. Pragnął by ten wieczór nie skończył się już nigdy.
Nie analizował już skąd się tutaj wzięła, dlaczego ciągle wyglądała na
jakieś dwadzieścia lat. Dziękował bogom pod wszelką ich postacią, że
była. Tylko jego i tylko z nim, na tych parę krótkich chwil.
***
Następnego popołudnia Pani Agnieszka na próżno czekała, na
swojego ulubionego, stałego klienta, który zawsze palił cudownie
pachnący podwędzany tytoń.
(26.02.03)
|
|
|
 |
|