- Tylko...
- Zostaw go Ed. Takie jest prawo, ale taka jest i racja. Nie musisz dziś tego rozumieć. Teraz możesz tylko zaufać. – Q mówił łagodnie, ciepło i spokojnie, a Ed czuł, że nie potrafi znaleźć żadnego argumentu, aby przekonać Tęczowego. W jego małej głowie walczyło ze sobą poczucie zawodu i krzywdy, z rosnącym przekonaniem, że Q jednak ma słuszność.
- A teraz wracaj do domu Ed. Musisz odpocząć, bo wiele jeszcze nowych zadań przed tobą. – Q położył dłoń na ramieniu Eda i popchnął go lekko w stronę drzwi – Idź, czekają na ciebie twoi przyjaciele.
- Żegnaj Panie i dziękuję, że zechciałeś mnie wysłuchać – powiedział smutno Ed i pokłonił się Tęczowemu, po czym odwrócił się i ruszył do wyjścia.
- Do widzenia Biały Edzie – dobiegł go jeszcze zza pleców łagodny i melodyjny głos.

Ed długo nie mógł się odnaleźć w swoim świecie. Nie porządkował ogrodu, nie spotykał się z przyjaciółmi. Tolerował tylko obecność Czerwonej Ki, która przychodziła niemal każdego dnia i opowiadała mu szalone historie z życia miasteczka. Nie interesowały go, ale lubił kiedy jej głos wypełniał ściany maleńkiego domku, żadnego innego dźwięku by nie zniósł. W śmiechu Ki rozmywał się jakoś jego żal i oddalał na moment obraz chłopca. Kiedy przyjaciółka odchodziła, w ciszy wracały do niego słowa: „...ty przecież sobie kiedyś pójdziesz, a ja? Zostanę sam... i do tego niezdara...” Wybiegał wtedy z domu i błąkał się bez celu na obrzeżach miasteczka, albo szedł do Żółtej Su. Ona nie pytała go o nic. Siadał w kącie przy kominku i milczał. Czasami podchodziła do niego i gładziła po włosach. Nie musiała pytać, aby wiedzieć wszystko i wszystko rozumieć. Właśnie dlatego tam także nie mógł zbyt długo przebywać. Porozumienie nie wymagające słów przywodziło mu znów na myśl chłopca. Wracał do domu i starał się zasnąć, aby następnego dnia znów wyglądać przez okno Czerwonej Ki. 
Tego dnia także przyszła, ale nie zrobiła mu przy samym wejściu żadnego głupiego dowcipu. Nie opowiedziała także żadnej zwariowanej historii tylko ...
- Cześć Ed, czas na mnie! Koniec biwakowania w domku. Tęczowy wysyła mnie do następnego dziecka. – oznajmiła od progu.
- Ach tak – odwrócił się plecami do przyjaciółki, żeby nie pokazać jej swojej smutnej twarzy. -No... to dobrze Ki... jesteś potrzebna komuś – powiedział i dodał ledwie słyszalnym szeptem - ...bardziej...
- No, Ed! Nie smutaj aż tak bardzo! Lepiej byś się ogrodem zajął, bo całkiem już zarósł – zawołała i klepnęła go tak energicznie w plecy, że niemal się przewrócił - A powiem Ci w tajemnicy, że jak się zaraz nie weźmiesz, to możesz nie zdążyć go uporządkować! – dodała zaglądając mu z uśmiechem w twarz. 
- Jak to? 
- A tak to! Niebawem i Ty ruszysz w drogę Ed. Tęczowy odebrał znów sygnał od jakiegoś dziecka, które nie wierzy w siebie. – powiedziała Ki jakby od niechcenia, siadając z impetem na kanapę i podskakując na niej kilka razy. – I dlatego stary, weź się w garść! Ogród chłopie! Ogród masz zapuszczony jak spleśniałe cygaro!
- Ogród? Co u licha ma do tego mój ogród – Ed wzruszył ramionami, ale podszedł do okna i popatrzył. Faktycznie nie wyglądało to najlepiej. No, miało właściwie nawet swój urok, ale... hm.. gdyby z lekka przyciąć tu i ówdzie, a gdzieniegdzie pozostawić ten naturalny nieład to, kto wie? Mogłoby być nawet ciekawie! 
Ki siedziała na kanapie i uśmiechała się szelmowsko.
- No, a jak myślisz?
Ed po raz pierwszy od dawna naprawdę się rozpromienił. 
- Tak! Wiem już co kombinujesz... Ech Ki! Co ja bym bez ciebie zrobił? – pokręcił głową – Zamartwiłbym się chyba na...
- Na cząstki pary? – zaśmiała się Ki – Do usług Jużniesmutny Biały Panie! Ale tylko do wieczora! Jutro mnie już tu nie będzie.
- Dobra, tymczasem chodźmy gdzieś na spacer! Gdzieś za miasto. Znam jedno fantastyczne miejsce, spodoba Ci się na pewno! – chwycił przyjaciółkę za rękę i wyciągnął z domu.
- Otóż to! Znowu dawny Ed! 
Pobiegli razem, aby nie uronić ani minuty z ostatniego wspólnego dnia. A minuty, godziny, dni i lata płynęły w Tęczowej Krainie zupełnie innym rytmem niż w świecie ludzi. Po drugiej stronie mgły czas snuł się znacznie wolniej. Nie było jednak żadnego ścisłego przelicznika czasu ludzi na czas istot z Tęczowej Krainy. Tydzień za mgłą, raz mógł oznaczać pięć lat w świecie ludzi, a innym razem tylko jeden dzień znaczył dokładnie tyle samo. Bywało zaś i tak, że czas w kraju Tęczowego Q nagle przyspieszał i na krótko biegł w tym samym tempie co w świecie ludzi. 
Ki z nastaniem świtu przeszła znów na ludzką stronę mgły, a Ed z zapałem zabrał się za porządkowanie swojego ogrodu. Przy pracy odżywała cała jego radość tworzenia. Budził się w nim ogromny potencjał działania i stawał się coraz bardziej gotów na spotkanie z kolejnym ludzkim dzieckiem. Nie... nie zapomniał o opuszczonym chłopcu. Często wracał do niego myślami. Dopóki nie miał pewności, że ten odnalazł w życiu właściwą drogę niepokoił się ciągle, ale cóż. - Może Q miał w końcu rację? Może to tak jak z ogrodem, że wystarczy zasiać ziarno, a ono samo wykiełkuje? Kto wie? - Nie miał przecież innego wyboru jak tylko pogodzić się z tym. - „Takie jest prawo, ale taka jest i racja...” – mówił Q.
Ed wyruszył znów na kolejną misję po tamtej stronie mgły. Był przez jakiś czas powiernikiem innego chłopca, któremu pokazał świat dźwięków. Najpierw bawili się razem muzyką wiatru i deszczu, potem szukali jej w głosach zwierząt i jazgocie miasta. Kiedy odchodził, mały jak zwykle siedział przy starym pianinie po babci i nawet nie zauważył, że Ed zniknął. 

Tym razem kiedy wrócił do domu nie zastał Czerwonej Ki. Znowu była po ludzkiej stronie mgły pomagając jakiemuś dziecku odnaleźć radość życia. Pamiętając rady przyjaciółki, porządkował ogród, a właściwie wymyślał coraz to nowe kompozycje kwiatów na rabatkach, cieszył się wpół zdziczałymi krzewami, które niesamowicie rozrosły się w podczas jego nieobecności i teraz dodawały ogrodowi lekko niesfornego piękna. Przekopał także
kanałek do pobliskiej rzeczki i teraz w kącie jego ogródka szemrał maleńki strumyczek. Tam właśnie najczęściej przesiadywał. Nie... nie zawsze był sam. Często przychodziła do niego Żółta Su. To dla niej właściwie stworzył ten maleńki, cichy zakątek z potoczkiem. Siadywali tam razem, niewiele mówiąc i słuchając opowieści wody. Być może tylko Ed słyszał co opowiada strumień, a Su słuchała tylko muzyki jego szmeru, nie było to jednak istotne. Każde z nich znajdowało coś dla siebie. Niewiele rozmawiali i choć pogrążeni byli we własnych myślach, cieszyli ze wspólnie spędzonego czasu, bo wystarczała im jedynie wzajemna obecność.
Tego ranka Ed znów sadził kwiaty na rabatce w pobliżu strumienia. Zastanawiał się jednocześnie jak spodobają się Su, która przyjdzie po południu aby napić się z nim herbatki z róży. Właśnie wlewał wodę do dołka, kiedy nagle furtka ogrodu otworzyła się z impetem. Ed aż podskoczył. Garnuszek wypadł mu z ręki, a woda rozlała się na nogi. Nagły okrzyk:
- Cześć Ed! – uderzył w jego uszy jak strzał z kapiszona. Stała przed nim Czerwona Ki – No i co się tak gapisz? Przyjaciółki nie poznajesz? Fakt, długo mnie nie było, ale żeby tak od razu zapomnieć? Nooo... wstyd Ed, wstyd. – stała przed nim, śmiejąc się i kpiąc dobrotliwie ze zdziwionej miny przyjaciela, który powolutku dochodził do siebie.
- Ale.. co ty? Co ty tu robisz Ki? – wydukał w końcu. 
- Zaraz Ci wszystko wyjaśnię. Tymczasem chodź, siądziemy sobie gdzieś na chwilkę, bo tak prawdę mówiąc nie za wiele mam tego czasu. Wiesz co? Myślę, że najlepiej będzie jak wejdziemy do domu. Jakoś nie chcę, żeby wszyscy w mieście wiedzieli, że tu jestem. – powiedziała i pociągnęła przyjaciela za rękę. Poszedł za nią przeczuwając, że musi chodzić o coś bardzo ważnego. Odkąd znał Ki, nigdy nie była taka tajemnicza. Poza tym wiedział, że jeszcze nie skończyła swojej misji, a więc nie powinno jej być w Tęczowej Krainie. Była jednak. Wszystko zatem wyglądało na bardzo dziwną sprawę. Weszli do domu.
- Zrób mi herbaty Ed, dobrze? Gnałam tutaj jak szalona. – powiedziała Ki siadając na kanapie. Podparła głowę dłońmi i zamyśliła się. Milcząc zupełnie jak „nie Ki”, czekała aż przyjaciel wróci z kuchni. Ed przyniósł herbatę i postawił filiżanki na ławie. Ki odruchowo zaczęła mieszać. 
- Nie posłodziłaś jeszcze... 
- Nie? Ach tak, nieistotne. Posłuchaj Ed – zaczęła – Zostałam posłana do małej, smutnej dziewczynki. Wiesz, ona nie żyje w normalnej rodzinie, takiej z mamą i tatą. Tylko z tatą. Jej mamy nie ma. Umarła nagle kiedy mała była całkiem mała i od tego czasu zostali tylko we dwoje. Ech... Ed, mówię ci, oboje są tak samo smutni. To znaczy ona, bo on... – tu się zawahała – Nie wiem, jak ci to wyjaśnić. On nie czuje smutku. Właśnie, jest smutny i tego nie czuje. Wiesz, tak jakby coś w nim skamieniało... I ona, ta mała, to jest właściwie sama. Jej tata przychodzi z pracy, zabiera ją z przedszkola, sadza do obiadu, kładzie spać i ... i nic. Nawet wiesz, nie pyta jej czym się bawi, na kolana rzadko bierze.
- Nie kocha jej? – spytał Ed prosto.
- Nie, nie oto chodzi. Kocha ją na pewno. Tylko on, ja nie wiem, jest taki jakby coś w nim właśnie skamieniało, jakby zamknął się w sobie i swojej pracy. On chyba nie widzi, że ona jest smutna. Wiesz ... nic nie widzi... Zabiera pracę do domu, do późnej nocy rysuje projekty, albo liczy coś, potem wstaje rano i znów do pracy i dalej tak samo... Ech.. – urwała.
- Tak Ki?
- Widzisz, strasznie dużo Ci tu gadam, a to nie o to chodziło żeby tyle mówić, tylko ... Ja ostatnio coś zobaczyłam. – nabrała oddechu – Kiedy mała już poszła spać, to nie miałam co robić i zaglądałam sobie w różne kąty. No i weszłam do jego pokoju. Jak zwykle coś rysował przy lampie, a potem nagle przestał i tak siedział i patrzył w okno. Jej, ja nigdy nie widziałam, żeby tak siedział i nic nie robił i patrzył tylko! – Ki pociągnęła łyk gorącej herbaty, siorbiąc lekko. – A potem wziął papier ze stołu, taki zapisany cyferkami i... wiesz Ed... On zrobił z niego samolot, a potem puścił go po pokoju, a on spadł tak bardzo blisko mnie i... To był taki sam samolot jak ten, przy którym Cię wtedy znalazłam! I ja tak pomyślałam sobie...
- Co ty mówisz Ki? Przecież tyle jest takich samych samolotów z papieru! Właściwie nawet niewiele jest takich, które się od siebie czymkolwiek różnią i prawie każdy chłopiec robi podobne samoloty! – wykrzyknął. – To nic nie znaczy. Każdy dorosły chłopiec może sobie przypomnieć jakie samoloty kiedyś robił, złożyć jeden i puścić po pokoju. – dodał. Jednak nie był już taki pewien tego co mówi. Doskonale pamiętał „tamte” samoloty. Prawie każdy był inny. Ich modele były coraz ciekawsze i doskonalsze, a tamtego dnia... tak, wtedy wyszedł mu świetny samolot, może nawet najlepszy.
- Nie Ed i dobrze o tym wiesz, tylko udajesz. To był wyjątkowy samolot. Trudno byłoby zrobić drugi taki sam, a TEN właśnie TAKI był. - powiedziała Ki z naciskiem, patrząc badawczo na przyjaciela. Ed wstał i podszedł do okna. Założył ręce i patrzył daleko w ogród. Teraz kiedy pogodził się już z myślą, że chłopiec jakoś sobie bez niego da radę, że nigdy się nie spotkają bo przecież takie jest prawo Tęczowej Krainy, odnalazł go. A tam na kanapie siedziała właśnie Czerwona Ki, która mogła go do niego zabrać. Wystarczyło tylko chcieć... Chcieć. Dopóki, nie wpadła tu jak kamień w sadzawkę mógłby przysiąc, że chce znów spotkać tamtego chłopca. Teraz bał się. W jego pamięci tkwił ciągle obraz bezradnego malca pochylonego nad kartka papieru i rysującego jakieś gryzmoły, aby nie płakać, aby... oddzielić się od świata? A kiedy jako inżynier rysuje dziś projekty i pozwala się bez reszty pochłonąć pracy, co innego robi? A więc w tym kierunku się rozwinął? Założył pancerz, pod który nie ma dostępu nawet jego maleńka córeczka.

back next