- Ech daj spokój Ki! Byłem u niej parę razy na kolacji, to wszystko! – Ed spuścił oczy i gdyby nie to, że był przecież biały, na pewno by się zarumienił. – Gadasz i gadasz, a nie spróbowałaś nawet odpowiedzieć na moje pytania.
- No no no! Aleś ty niecierpliwy... Dobra, już dobra! – Ki rozłożyła się wygodnie, zawinęła w kocyk i wsunęła ręce za głowę. Zastanawiała się ile mu powiedzieć, a ile niedopowiedzieć. W sumie to nie była żadna tajemnica, ale w ich świecie panowała niepisana zasada „minimalnej niezbędnej informacji”. Uśmiechnęła się z satysfakcję zobaczywszy jak przyjaciel rzucił się z apetytem na placki.
- Jak już mówiłam przysłał mnie Q.
- Mmmmm... mwiem. – mruknął przeżuwając.
- Misji nie skończyłeś po prostu Ed i tyle! Ciągle jeszcze jesteś potrzebny, takich się trudniej ściąga. To wszystko! Dlatego Tęczowy mnie wysłał. – powiedziała szybciutko Ki i zadowolona z siebie zamilkła. - No, chyba powiedziała co trzeba i powinno mu wystarczyć.
- Rozumiem, a skąd Q wiedział o wypadku z oknem?
- Tak jak zawsze! – wzruszyła ramionami, wymyślając w duchu mnóstwo niepochlebnych określeń na zbyt ciekawskich Białych jegomości. Aż uśmiechnęła się do własnych myśli, tak jej się spodobały!
- Taaaaaa... Ty myślisz, że ja wiem jak to jest zawsze? A widzę przecież, że ty wiesz. No powiedz... – poprosił wkładając w tę prośbę i swoje spojrzenie tyle słodyczy, na ile tylko mógł się zdobyć. 
- Ech Wy Biali jesteście okropni! Żadnego szacunku dla zasad! – pokręciła głową z uśmiechem. - Od rosy! Od rosy Tęczowy zbiera informację. Woda skrapla się wszędzie, potem paruje, wiatr ja niesie do Q, a On odczytuje z niej wszystkie dane o niedawnych zdarzeniach. Tak samo wyszukuje też nowych potrzebujących dzieci i od razu wie kogo z nas ma posłać. 
Ed zamyślił się. - Jeśli Q ma informacje o wszystkim co się dzieje, to raczej nie będzie problemu z odnalezieniem chłopca. Tęczowy jest w porządku, na pewno mu pomoże! - Coś jednak jeszcze nie dawało mu spokoju.
- A powiedz Ki jak to jest, że ty wiesz jak wrócić, a ja nie? – to pytanie dręczyło go od samego początku, kiedy powiedziała, że po niego przyszła. Czerwona sapnęła cicho i znów pokręciła wymownie głową.
- Widzisz, Q potrzebuje kogoś na specjalne okazje, jak ta na przykład. No i tak się składa, że ja jestem właśnie taka PaniOdSpecjalnychOkazji – tu Ki podskoczyła nagle na równe nogi i pokłoniła się nisko, zamiatając wyimaginowanym kapeluszem przed Edem – Do usług wielmożnego Pana! – po czym klapnęła z impetem na kocyk zaśmiewając się wesoło.
- Zawsze byłaś?
- Nie, nie zawsze. Od niedawna jestem. Przedtem była Czerwona Te – katem oka Ki pochwyciła zdumione spojrzenie Eda. – Nie wiedziałeś? No jasne, no bo skąd. Nie wróciła jak ostatnio kogoś przeprowadzała przez mgłę. Zaraz, kto to był... On wrócił. Tak! Em, to był Zielony Em. Też miał jakieś kłopoty. Przeprawiła go do domku, a sama? Pstryk! Nikt jej więcej nie widział. Mówili, że podobno za długo zwlekała. Wiesz, to było latem. Właśnie zaczynał się jakiś gorący dzień. Ema puściła przodem, a ją pewnie słońce rozbiło na cząsteczki pary... Ech, ale co tam! Prędzej czy później każdego z nas to czeka, no nie Ed? 
Ed wzdrygnął się na myśl o tym, że kiedyś i jego czeka rozproszenie pośród cząsteczek pary. Smutno mu było z powodu Czerwonej Te. Była wesoła i pełna werwy podobnie jak Ki. No tak, wszyscy Czerwoni z ludu Tęczowego Q byli w tym jednym do siebie podobni. Nigdy nie tracili poczucia humoru i energii do działania. Fakt, takie było ich zadanie. Posyłano ich do smutnych dzieci, którym świat wydawał się zły, a oni uczyli je jak można się ze wszystkiego śmiać. Jak znaleźć dystans do samego siebie i do tego co rani i boli. – Hm... – pomyślał – Śmiech jest ogromnie ważny! Może dlatego właśnie Czerwonym, Q powierzał odpowiedzialne funkcje? 
Ki zawinęła się w kocyk i podkuliła nogi. Wyglądała teraz jak maleńka czerwona kropelka.
- Uaaaaaa... – ziewnęła – Wskakuj pod koc Ed i śpij wreszcie. Możesz nawet całą noc przespać! Rano będziemy w domu.
- A ty? Nie będziesz spała całą noc? – spytał zawijając się w swój kocyk.
- Jaaaaaa... – znów ziewnęła – Wstanę przed świtem. Wiesz, jakoś na śpiąco kiepsko przeprowadzam – zachichotała cichutko w kocyk. – Dobranoc Ed! Do zobaczenia w domu!
- Dobrej nocki Ki! – odpowiedział i przykrył się po uszy. Za chwilę usłyszał miarowy i spokojny oddech przyjaciółki. – Ech co za dzień! – westchnął - Mam nadzieję, że wszystko się jakoś uło... – nie skończył myśli i zapadł w sen.

- Wstawaj Ed, Ty śpiochu! - Ki lekko szarpnęła przyjaciela za rękaw – No wstawaj no! Ty to, ale byś przespał nawet gdybym Cię wysłała z powrotem na tamtą stronę mgły!
- Mmmmm... no csso Ty Ki, odesłałabyś mnie? – zamruczał Ed wygrzebując się z kocyka.
- Nie, pewnie że nie, ale podziałało co? – stała nad nim podparta pod boki i śmiała się w najlepsze.
Ed rozejrzał się dookoła. Tak, nie ulegało wątpliwości, że był już w domu. To znaczy, nie zupełnie w domu, bo leżał właśnie na głównym placu miasteczka zawinięty w kocyk. 
- Witaj Ed, miło Cię znów widzieć! – zawołał ktoś przechodząc obok – Wybacz, że nie pogawędzę teraz. Spieszy mi się trochę. Wpadnij jak będziesz miał chwilkę czasu!
- Eeee... tak, oczywiście zajrzę do ciebie kiedyś... Pi.. – wydukał, jeszcze nie do końca obudzony i nie do końca oswojony z tym co go otaczało, a co jeszcze nie tak dawno było jego światem. – No i tak w ogóle to cześć! – krzyknął i zamachał ręką, ale Niebieski Pi gdzieś już pognał i pewnie nawet nie słyszał powitania. – Ech Niebiescy, ci zawsze coś mają do załatwienia. – westchnął w duchu, ale jednocześnie poczuł, że znów jest wśród swoich. Rozejrzał się po placu, wokół pełno było niewielkich śmiesznych kamieniczek, z których prawie każda była innego koloru. Tak się jakoś składało, że właściciele domów o różnych kolorach, różnie także je zdobili. - Oooo.. tam niedaleko mieszka właśnie Niebieski Pi! Hehe... Każde okno u niego ma inną framugę! A wszystko jakby przypadkowe i pozbierane przy okazji. A tam dalej, już na rogu pierwszej uliczki stoi domek Fioletowej Ur. Ech... Ur! – Ed zawsze kiedy o niej myślał, czuł się nieco onieśmielony. Uporządkowana i cicha, Fioletowa Ur. Tak uprzejma i grzeczna, że nigdy nie wiedział co naprawdę myśli. No i każdemu potrafiła powiedzieć coś miłego. Jej domek był nienaganny. O! To dobre słowo – nienaganny. Nie było w nim nic, co mogłoby kogokolwiek kłuć w oczy lub drażnić. Wszystko szykowne, dopasowane, skromne i ... bez polotu! – Ed wzruszył ramionami i odwrócił spojrzenie w przeciwną stronę placyku. Rozmyślania przerwała mu Ki, która już od jakiegoś czasu coraz mniej cierpliwie znosiła jego rozglądanie się po starych kątach.
- No Ed, koniec tego dobrego! Ruszamy do domku! Odstawię cię na miejsce, a potem mniam! Ja tam straszliwie głodna jestem! Pamiętaj, że to Ty wczoraj jadłeś kolację. Poza tym Q na mnie czeka. No to jak? – wytrajkotała szybciutko Ki i już stała na rogu uliczki czekając na Eda i przytupując niecierpliwie.
- No ... jasne, jasne, już się ruszam Ki! Poczekaj troszkę! Wiesz co? Ja też bym coś zjadł. Może placki u żółtej Su? – zapytał zwijając kocyk.
- Nieeee... Ed... daruj, jak chcesz się umawiać z Su, to nie ma sprawy, ale mnie się spieszy – sarknęła Ki - A poza tym... nie wiem czy ona byłaby taka zachwycona moim widokiem akurat dziś! – dodała przymykając oko - Już lepiej się przejdę do jakiegoś baru.
- Ej no nie... no tak! Ech Ty! – machnął ręką – Spadamy Ki!
Dom Eda stał na skrzyżowaniu dwu wąziutkich uliczek tak samo krętych jak wszystkie w miasteczku. Z daleka widać było delikatne, misternie zdobione wieżyczki, niemal kłujące niebo. Okna osadzone były skromnie, ale nie pozbawione pewnych subtelnych ozdobników, jak chociażby fikuśne spiczaste daszki, świetnie komponujące się ze strzelistymi wieżyczkami, czy okiennice zdobione drobnym kwiatowym ornamentem, ale tylko gdzie niegdzie, ot tak jakby od niechcenia. Domek otaczał niewielki ogródek, kiedyś pewnie uroczy, teraz jednak zaniedbany, z racji długiej nieobecności właściciela.
- To cześć Ed! Dostarczyłam towar na miejsce i zmykam! – powiedziała Ki z tym swoim nieodłącznym figlarnym uśmiechem błądzącym gdzieś w kącikach ust.
- Dziękuję ci Ki. Miło jest zobaczyć swoje stare śmiecie, wiesz? – szepnął.
- Wiem Ed. Odpoczywaj teraz. Jeszcze się pewnie spotkamy.
- A właśnie Ki, idziesz do Q prawda? Widzisz, mam do niego sprawę. Mogłabyś mnie umówić na spotkanie?
- Nie ma sprawy Ed. A Ty... chcesz wrócić do chłopca, co? – w głosie Ki zabrzmiało coś, co może było nawet delikatną nutką smutku – No, nie wiem czy ci się uda, ale będę za ciebie trzymała kciuki! No i oczywiście umówię cię z Tęczowym. – dodała ze zwykłą już wesołością w głosie, po czym odwróciła się i pobiegła w dół uliczki. Ed odprowadził ją wzrokiem do najbliższego zakrętu, za którym znikła i wszedł do domu.

Tęczowy Q nie mieszkał w mieście. Nie mogło być inaczej, gdyż Pan wielobarwnego ludu spajał w sobie wszystkie kolory i będąc podobnym każdemu ze swoich poddanych, od każdego zarazem był różny. W mieście poskładanym z drobin wszystkich barw, gdzie każda zachowywała jednak swoja odrębność nie było dla niego odpowiedniego miejsca. Kolejnym powodem, dla którego musiał mieszkać z daleka od domostw innych mieszkańców było światło. Ściany zamku Q rozszczepiały je nieustannie na cała gamę barw, a te zaś tasowały się i przemieszczały roztaczając wokół tęczę w coraz to innym układzie. Gdyby Q mieszkał na środku miasta, rozszczepione światło padałoby na domy i mieszkańców zaburzając właściwe im kolory. 
Ed szedł w stronę zamku niepewny wyroku jaki miał usłyszeć. Pytał niedawno Ki, dlaczego Zielony Em nie wrócił do dziecka, którym się opiekował, tylko pozostał w Tęczowej Krainie. Przyjaciółka w odpowiedzi rzuciła mu wymijająco, że widać Em nie chciał.
- Czy można nie chcieć wrócić do dziecka, które czeka? – Edowi nie chciało się jakoś wierzyć. – No cóż, być może sama Ki nie wiedziała jak to było naprawdę.
Rozmyślania jeszcze bardziej potęgowały jego wątpliwości.
Z daleka widział już łunę bijąca od zamku. Zbliżał się jednak powoli, powolutku. Im bardziej odwlekał moment spotkania, tym dłużej mógł się cieszyć nadzieją (choćby nawet jej cieniem), że Tęczowy odnajdzie dla niego chłopca. 
Wszedł w zasięg rozszczepionego światła. Na maleńkim ciałku zagrały wszystkie barwy tęczy. – Dziwne – pomyślał. – powinienem czuć się kimś innym niż jestem, a dalej czuję się Biały.
Rozejrzał się dookoła. Nigdy wcześniej tutaj nie był. Zamek sprawiał wrażenie nierzeczywistego. Stale przesuwające się smugi rozszczepionego światła sprawiały wrażenie, że zamek nie stoi, ale cały czas się porusza. Ed próbował uchwycić okiem zarys kopuły i okien, ale ze zdziwieniem zauważył, że nie może. Kopuła to znikała, to pojawiała się i za każdym razem wydawało mu się, że miała inny kształt. A okna? czy w ogóle były okna? Czasem myślał, że widzi kształt przypominający mały okrągły otwór, lecz nie było stałego miejsca, w którym by się pojawiał. Może wcale nie było okien w zamku Q? Ed wszedł do środka i stwierdził, że rzeczywiście nie mogło być okien w tym dziwnym domu. Cały zamek wypełniony był światłem.
- Ach tak... – mruknął do siebie. – To teraz wszystko jasne!
- Jasne, jasne! – odezwał się niespodziewanie melodyjny i ciepły głos. – Wszystko jest tu utkane z promieni. Zatem wszystko jest, a zarazem tego nie ma Ed. Witaj w moim domu!
Ed stropiony rozejrzał się dookoła i dopiero teraz zobaczył postać starca, która mieniła się wszystkimi kolorami. Zmieszał się nieco. Stał oto przed obliczem samego Q, a nawet go nie zauważył rozglądając się po ścianach. – Ścianach? Eeee... a może nie ma tu żadnych ścian? 
- Chciałeś podobno zadać mi pytanie, słucham więc – Q uśmiechnął się łagodnie, a dźwięk jego głosu sprawił, że Ed utracił resztki niepokoju, który przepełniał go jeszcze przed chwilą, gdy wchodził w progi zamku. Tęczowy patrzył na niego, czekał i uśmiechał się łagodnie, kojąco i zagadkowo.
- Czy mógłbyś Panie odnaleźć chłopca, któremu służyłem pomocą? Wiem, że jestem mu jeszcze ciągle potrzebny. Miałem jeszcze tyle do zrobienia! – wypowiedział jednym tchem Ed i spojrzał z nadzieją w oczy Q.
- Mógłbym Ed, ale nie zrobię tego. – odpowiedział Tęczowy spokojnie.
- Ależ dlaczego Panie! On tam na mnie czeka! Moja misja nie dobiegła końca, nawet Ki tak mówiła! – krzyknął rozpaczliwie Ed. Chwilowy spokój jaki wypełnił go po pierwszych dźwiękach ciepłej i spokojnej mowy Q nagle prysł. Jego miejsce zajął żal i rozgoryczenie.
- Każdy z Was posyłany jest do jednego dziecka tylko jeden, jedyny raz Ed. Takie jest prawo naszej Krainy. – powiedział spokojnie Q gładząc powolutku długą brodę. – Kiedy zostajesz posłany, dostajesz szansę i dziecko również dostaje szansę, ale jest to tylko jedna szansa. Bez względu na to jak ją wykorzystasz, drugiej już nie będzie.
- Ja nie zmarnowałem swojej szansy! To był wypadek, tyle chciałem mu jeszcze przekazać! Tyle wytłumaczyć – głos Eda załamał się – On beze mnie utraci wiarę w siebie Panie...
- Dałeś mu wiele, teraz chłopiec sam musi zadecydować co z tym zrobić. Nie będzie mu łatwo Ed, ale wierz mi, nie zapomni tego czego go nauczyłeś. 
- On myślał, że nic nie potrafi, choć robił wszystko sam. Myślał, że to nie on, że to ja... Chciałem mu właśnie wyjaśnić kiedy...
- Wiem Ed. Znam twoją historię i historię chłopca. Dostał coś od ciebie. Jeśli zaprzepaści to teraz myśląc, że to co umiał utracił wraz z tobą, to trudno. Tak też może być, ale ma jeszcze inną szansę. Może odkryć w sobie ten dar bez twojego udziału, a wtedy tym bardziej przekona się, że to nie Ty, ale on sam.

back next